Las o Zmierzchu - www.df.glt.pl Black Metal

Aktualizacje


Festiwal Wikingów 2003

Coroczna impreza na Wolinie, odbywająca się w okolicach sierpnia, stała się już czymś na miarę tradycji. Co roku zgromadza setki, tysiące ludzi z Polski jak i zza granicy. Jedyne, co mnie zdziwiło w dziewiątej już z kolei edycji tej imprezy to ewidentna zmiana managera, który nie zadbał odpowiednio o reklamę tegoż przedsięwzięcia. Rok temu przy szosach stało pełno bilbordów, plakatów, sygnalizujących o imprezie. Także i przyczyną niezbyt dużej frekwencji na festiwalu jest za pewne fakt, iż równolegle z czasem, w którym odbywał się festiwal na Wolinie, miała miejsce chyba jedna z największych zabaw dla młodzieży – Woodstock. A więc z rana, w piątek, pierwszego sierpnia, z grupą kolegów i (ekhem...) koleżanek (w tym pewnie wszystkim czytelnikom Duskforest znany – Boryss vel Yattaman) wyruszyliśmy pociągiem, jakże czystym i w miarę szybkim w stronę północną Polski. W czasie jazdy nie zabrakło oczywiście napojów rozweselających i poprawiających samopoczucie na lepsze. Za pomocą cudnego nektaru i miłych rozmów, dotarliśmy do Wolina. Krótki spacerek i już jesteśmy przed wyspą, szukając jakiegoś ustronnego stoiska z zimnym piwem. Dzień od godzin porannych był strasznie uciążliwy – wysoka temperatura dawała się ewidentnie wszystkim we znaki. Zaraz po orzeźwieniu umysłu, udaliśmy się na prezentację grup, bractw rycerskich czy jakkolwiek to tam zwą. Także i usta mi się w górę podniosły, gdy moje oczy spostrzegły nasze szczecińskie bractwo Trygław, z panem Igorem na czele (dla przypomnienia – lider Cassus Belli). Powolnym krokiem prezentowani “wikingowie i słowianie” ruszyli w kierunku wyspy, a za nimi widzowie (w miejsce tego słowa można sobie wstawić wszystko, wg własnego życzenia). Cena wejściówki, okazuje się co roku droższa (aż 5 zł za jeden marny dzień) i dzięki niej, w cale nie małej kolejce w uciążliwym słońcu weszliśmy pomostem prowadzącym na wyspę, na której odbywał się tytułowy festiwal. Na początek zwiedziliśmy cały teren, ze szczególnym zwrotem uwagi na stoiska “wikingów”, sprzedających miodzio (Ba! I jako, że razem z kolegami jesteśmy aryjskiej krwi dostaliśmy dwie butelki za 30 zł, natomiast dla tych nieczystych rasowo jedna butelka kosztuje 20). Przed otworzeniem ambrozji, poszliśmy na plac zabaw, gdzie z asekuracją trenera, oddaliśmy się starym zabawom, w stylu rzucanie toporka w drewniane korki, walka kijami, zakończonymi poduszkami na pniu czy strącanie pieńków pseudocepem (dzięki, któremu jeden z kolegów o mało co zębów nie stracił). Jak każde dzieci, z czasem nam się już znudziła ta zabawa, w dodatku na otwartym słońcu, więc wzięliśmy nasz skromny ekwipunek i wyruszyliśmy w poszukiwaniu cienia. W cieniu opróżniliśmy nasze plecaki ze zbędnego prowiantu i oddaliśmy się butelce procentowego miodu. W tym samym czasie, kolega, już wyżej wspomniany i udzielający się niekiedy na Duskforest, rozpoznał “swojskich” ludzi z Łodzi, Kielc i Warszawy i nasza grupa razem z tamtą połączyła siły. Rozmowa w cieniu na tematy związane z Kałntem Krisznakiem oraz gdzie się podziewa, przybyły Rob Darken na Wolinie umiliły czas czekania, na popisy poszczególnych bractw. Jako pierwsza, prezentowała się drużyna z Białorusi i okiem kolegów specjalistów, którzy należą już jakiś czas do takiego zgrupowania (a dokładniej bractwo św. Łazarza w Szczecinie) i ich zdaniem odstawili oni zwykłą pokazówkę, polegającą na uderzaniu miecza o tarczę czy ostrza przeciwnika, bez jakichkolwiek przejawów ataku. Nie jestem za wysoki, a że nie chciało mi się ruszyć w odpowiednim czasie, aby stanąć przy barierkach, byłem zmuszony podskakiwać, bądź z wyciągniętą szyją obserwować co się dzieje na polu bitwy, co i tak nie dawało dużego rezultatu, gdyż stojący przede mną, gruby dryblas nie mógł ustać w miejscu i niemiłosiernie sprawiał mi problemy z widokiem. Na drugi pokaz kolejnych ludzi (tym razem kilka bractw naraz, w tym nasz Trygław) odbyły ze sobą symboliczną bitwę, której też nie miałem okazji zobaczyć w całości, ale wcale nie ze względu na uprzykrzające obserwatorium istoty, gdyż już tym razem pomyślałem i jeszcze kiedy hordy turystów, dużymi grupami nie przybyły na miejsce tejże bitwy, ja już stałem przy barierkach, lecz na prażące słońce, które w nadmiarze doprowadzało w mojej głowie do migren. Zsunąłem się, więc i przysiadłem obok także jednego zmęczonego kolegi, siedzącego z koleżanką w cieniu. Tenże kumpel, linijkę wyżej wspomniany miał już dość uczucia suchości w gardle i postanowił, razem ze wszystkimi wyjść na zimny napój. Ceny wiadomej, wodnistej łakoci na wyspie miały wysoką cenę (i szkoda wspominać, iż w dodatku nie były odpowiednio schłodzone, a lodówka stanowiła po prostu eksponat, w razie odwiedzin gości z Sanepidu). Także mogę się pochwalić faktem, iż zapoznałem się z liderem grupy Swarost (recenzję ich materiału, pt. “Triumf Panteonu aryjskich Bogów”, powinienem wkrótce zamieścić w “recenzjach” na Duskforest). Ciekawie się rozmawiało z tym osobnikiem, jak i później poznanymi poganami, którzy ze łzami w oczach latali, aby uścisnąć sobie dłoń legendzie polskiego black metalu – Robowi Darkenowi. Przyznam się także, iż dla mnie spotkanie tego osobnika, nie byłoby obojętne i żałuję do dzisiaj, że nie spotkałem aryjskiej gwiazdy północnego słońca. Poza tym co wspomniałem, piątek nie grzeszył duża zawartością i urozmaiceniem repertuaru, więc gdy słońce chyliło się już ku zachodowi, razem ze zmniejszoną już, niestety grupą kolegów (dwóch chciało jeszcze pokąpać się z nowo poznanymi ludźmi, a także spożyć z nimi dawkę szałowych napojów), ruszyliśmy w drogę powrotną do Szczecina. Pomimo braku tych dwóch ogniw zapalnych w naszym towarzystwie, jakoś daliśmy sobie radę i w stosunkowo miłej atmosferze zakończyliśmy nasz dzienny wypad na dziewiątą edycję Festiwalu Wikingów.

Gdybym miał oceniać szczerze ten Festiwal to miałbym duże problemy. Nie byłem nigdy na jego wcześniejszych edycjach i nie mogę porównać tego co się działo na poprzednich, a teraz. Jednak na moje oko, impreza miała rozmach, natomiast nie dało się ukryć i chyba nigdy się nie ukryje, iż pomimo komercyjności tego przedsięwzięcia, niektóre jednostki przybywające tam mają w dużym stopniu charakter faszyzujący, jak i same bractwa, które na swoich bojowych ekwipunkach mają uwidocznione symboliki, które mniemałem, iż są powszechnie zabronione. Radziłbym zająć się odpowiednim ludziom tą sprawą, przy następnej z cyklu imprez tradycyjnej imprezy na Wolinie. Bo zdrowy rozsądek nigdy nie zaszkodzi...

/ Pagan /

Powrót do strony głównej

Black Metal & Dark Poetry Sui-Site