Las o Zmierzchu - www.df.glt.pl Black Metal

Aktualizacje


Deicide, Mystic Circle, Centinex

Przyznam ze wstydem - nie byłem jeszcze w życiu na koncercie Deicide. Mimo, że Benton i spółka odwiedzali już nasz kraj, to zapewne Jehowa sprawił, że za każdym razem coś uniemożliwiło mi uczestnictwo w tych występach. Tym razem jednak Szatan zwyciężył i 23 listopada udałem się do Warszwy.
Koncert zaczął się punktualnie, co wywołało zaskoczenie, nie tylko zresztą u mnie. Jednak tą drobną niedogodność składam na karb przypadku. Co to ma znaczyć ? Gdzie kult ? Gdzie opóźnianie koncertów o godzinę albo i dwie ? Nic już nie jest takie jak kiedyś...
Pierwszy występował szwedzki Centinex. Ubrani jak na metalowców przystało, zagrali niezły koncert. Choć nie jest to zespół z gatunku tych, których słuchałbym na codzień, to trashujący death w ich wydaniu sprawdza się na koncercie całkiem nieźle. Zwrócili na siebie uwagę już na niesławnym skądinąd Smash Fest, a teraz, w klubie wypadli jeszcze lepiej. Takie utwory jak "Spawned to Destroy" , "Soul Crusher" czy "Hellfire Twillight" rozruszały publikę i półgodzinny koncert śmiało można uznać za udany, może nawet nieco za krótki, no ale taki jest w końcu los rozgrzewacza...
Mystic Circle wystąpili już kiedyś w Polsce, kiedy grali trasę z Marduk. Komedię, którą wtedy ten zespół odwalił na scenie ciężko zapomnieć. Dosć powiedzieć, że był to jeden z najbardziej żałosnych koncertów blackowych, jakie widziałem. Ale na płytach grają przecież nienajgorzej. Mimo to z rezerwą podeszłem do występu Mistycznego Cyrkla. Było hmm... lepiej niż trzy lata temu. Nauczyli się chłopcy grać, tak że nie przynoszą już sobie wstydu chwytając za instrumenty. Do tego nie odwalają już na scenie kiepskiego cyrku. Oczywiście, można mieć zastrzeżenia do klawiszy z playbacku, do niezbyt dobrego brzmienia, w końcu do nikłej dramaturgii koncertu. Zespół zaprezentował przekrój przez większość swych wydawnictw, a mimo to nie brzmiało to jakoś rewelacyjnie. Dopiero pod koniec swego czterdziestominutowego setu poderwali na chwilę publikę grając fragmencik "Reign in Blood" Slayera. Może powinni zresztą zagrać ten utwór w całości, wtedy ludzie pamiętali by ich lepiej. Bo koncercie słyszałem niemało narzekania na Niemców. Chyba zresztą słusznego...
Po tym wprowadzeniu nadszedł czas na główną "atrakcję" wieczora. Amerykanie weszli na scenę i przy szalonym entuzjaźmie zaczęli... od gówna o nazwie "Bible Basher". Cóż, dwie ostatnie płyty Deicide to coś, co wogóle nie powinno się ukazać, chwała więc zespołowi, że raczej je zmarginalizował ( "In Torment in Hell" został generalnie pominięty, i dobrze ). Zagrany jako drugi "Lunatic of God's Creation" poprawił nastrój, a potem było już tylko lepiej. "When Satan Rules His World", "Bastard Of Christ" , dały po mordzie, ale kiedy zagrali "Once Upon The Cross" to już nikt nie miał wątpliwości, że Szatan jest z nami. A czy wspomniałem o "Dead But Dreaming" albo o "Oblivious To Evil" ? A "They Are The Children Of The Underworld" ? I wieńczącym wszystko "Crucifixation" ? Około trzystu - czterystu maniaków bawiło się nieźle, choć widziałem dzieciaka ubranego w bluzkę Theatre of Tragedy, co należy zaliczyć chyba do lokalnego folkoloru stolicy. Nota bene, pamiętam, jak na jakiejś z tamtejszych imprez metalowych pewien nastoletni "satanista" chwalił mi się, że złożył w ofierze diabłu swego kota i że od tej pory Szatan kieruje jego krokami. Mam nadzieję, że pokierował je prosto pod jakiegoś TIR'a... Ale mniejsza o to. Deicide dał przykład jak klasyczne już zespoły powinne dobierać repertuar koncertowy. Koncert w Proximie był tego znakomitym przykładem. Tym bardziej, że słyszałem, że we Wrocławiu tak dobrze już nie było. Zaś tu było 16 utworów, 40 minut muzyki i koniec. Bez bisów. Niestety.

 / Darklich /

Powrót do strony głównej

Black Metal & Dark Poetry Sui-Site